WARSAW DRIFT

Avatar Włodek Pawłowski 229x300 - WARSAW DRIFT

Kilkanaście dni temu wybrałem się do jednej ze szkół doskonalenia techniki jazdy na peryferiach Warszawy. Zapłaciłem, co się należało i wszedłem na teren. No i się zaczęło…

Przy niedużym kontenerze stało kilka prawie identycznych samochodów. Prawie, bo dwa z nich miały dziwne tylne koła, a właściwie małe kółka na ramie. Po krótkim ogólnym wstępie i wysłuchaniu wykładu o niebezpieczeństwach w ruchu drogowym wyszedłem na plac, a moim zadaniem było wykonanie testów na płycie poślizgowej, jazda na trolejach (to te dziwne kółka na tylnej osi samochodu z pełną swobodą obrotu) i nauka jazdy ekonomicznej. Auto ustawiono na starcie przed  płytą poślizgową mniej więcej 100×20 m (wylaną i stale polewaną wodą), na której miałem z różnymi prędkościami skręcać z hamowaniem „do oporu”. Pierwsza żądana prędkość najazdu to 80km/h. Rozpędzam auto, na komendę siedzącego obok instruktora „hamuj!” wciskam pedał do oporu, po sekundzie skręcam i zatrzymuję auto w dozwolonym miejscu przed ścianą. Uff…,  jest OK., ale nie ma lekko, instruktor nakazuje mi wrócić na linię startu. Nowa prędkość o 10 km wyższa. Jedynka, dwójka, trójka, na szafie 90, okrzyk „hamuj!” i… wylatuję z zakrętu na pobocze. Żyję, drzewo minąłem „na żyletkę”. Ale to nie koniec. Wracam na start. Tym razem nakazana prędkość to 100 km/h. W myślach przebiegam całe życie i ruszam.

Kolejne „hamuj!” smaga mnie jak batem, hamuję odruchowo i próbuję skręcić. Przednionapędowe auto obraca się dwukrotnie wokół własnej osi, wylatuje poza płytę poślizgową i zatrzymuje się na ścianie domu, który stanął nagle na drodze samochodu. Zginąłem…, moi dwaj pasażerowie też. Na szczęście to tylko ćwiczenie z wirtualnymi przeszkodami. Ale prędkość i zachowanie auta były jak najbardziej prawdziwe.

Kolejne zadanie to auto na dwóch przednich kołach i czterech małych kółkach z tyłu. Banał – slalom między pachołkami – myślę. Po chwili okazuje się jednak, że samochód jedzie tak,  jak sam chce. Nie nadążam z kontrowaniem kierownicą niekontrolowanych uślizgów tylnej osi. Jeden słupek pode mną, drugi, a auto toczy się z zawrotną prędkością 8-10 km/h. Koncentruję się i za drugim razem udaje mi się bezbłędnie pokonać slalom. Hurrra!!!

Przesiadam się w kolejne auto. Dopasowuję sobie fotel, kierownicę i lusterka tak, jak robię to od lat. I nagle szok: okazuje się, że od lat prowadzę auto w nieergonomicznej pozycji. Poprawiam ustawienia zgodnie ze wskazaniami instruktora. Cholera, jak niewygodnie !!! Ruszam, skręcam i dostaję po łapach. Co jest???!!! Okazuje się, że i kierownicą kręcę nieprawidłowo… Uważnie wysłuchuję instruktarzu i ruszam ponownie. Bożesz ty mój, czemu tak muszę się męczyć? Ale po paru chwilach konstatuję, że i pozycja za kierownicą jest w porządku, i zaproponowany sposób kręcenia kółkiem przychodzi mi dużo lepiej, niż się spodziewałem. Mój „prześladowca” ogłaszają koniec pierwszej części testu. Z ulgą dowiaduję się, że straciłem tylko jedno życie, podobnie jak i pozostali „współtowarzysze niedoli”. Nurtuje mnie jednak pytanie co będzie dalej. Wracam do kontenera. A w kontenerze bardzo ciekawa i pouczająca pogadanka o zachowaniu na drodze, o złych nawykach kierowców, o przyczynach wypadków. Zaczynam być głodny… Na szczęście pogadanka zakończyła się ogłoszeniem przerwy na posiłek.

Po obiedzie nowe zadania na placu. Jak poprzednio zaczynam od płyty poślizgowej. Zadanie: ostre hamowanie z różnych prędkości z ominięciem przeszkody. Pierwsza próba z prędkości 80 km/h. Pedał dno, jedynka, dwójka, trójka, 80, okrzyk „hamuj! ”. I nagle z prawej wytacza się gość z balkonikiem. Lekki skręt w lewo (ciągle pedał hamulca w podłodze), w ułamku sekundy kontra, staję.  Wszyscy cali, ale ręce mi się lekko trzęsą. Powrót na start, prędkość o 10 km wyższa, ruszam. Tym razem na drodze kobieta z wózkiem. Omijam ją, ale auto zatacza się niczym stary pijak. Na szczęście nikt nie jechał z przeciwka! Trzeci przejazd, prędkość 100 km/h. Na drogę wyskakuje dzieciak po piłkę. Hamowanie, skręt i… głośny huk, tracę panowanie nad samochodem i zatrzymuję się nie bardzo wiedząc, gdzie jestem i co się stało. Wyskakuję z auta i widzę, że piłka toczy się dalej a dzieciak? Gdzieś pod kołami… Tym razem trzęsą mi się nie tylko ręce. Wyobraźnia pracuje pełną mocą: niby wiem, że to tylko plac ćwiczeń, że nikogo nie potrąciłem, ale umysł analizuje, co by było, gdyby taka sytuacja przytrafiła  się rzeczywiście? Czy zachowałbym zimną krew, aby ominąć potencjalną ofiarę?

Zmieniam auto, kolej na troleje. Tym razem mam jeździć ósemkując. Łatwizna, myślę, mając w pamięci udane drifty tylnio napędową beemką. Nic bardziej mylnego, tu nie mam szans na użycie ręcznego czy zrywanie przyczepności gazem. Tył auta lata niczym kulka w ruletce. Jeden obrót, drugi, w końcu udaje mi się opanować te diabelskie kółka o 360 stopniach swobody. Test zaliczony.

Koniec „przyjemnej” jazdy, straciłem jedno życie i jedno sam zakończyłem.

W sali szkoleniowej kolejny wykład i wstrząsający film o rzeczywistych wypadkach.

Wymieniamy się wrażeniami, komentujemy nasze zachowania, dyskutujemy o obejrzanych filmach. Uświadomiliśmy też sobie, że nie jest potrzebna duża prędkość, aby zdarzenie drogowe zakończyło się tragicznie. Dowiedzieliśmy się też, że dla rasowych kierowców rajdowych prędkość przeżycia jest raptem o 7-8 km/h wyższa, niż nasza.

A wnioski ze szkolenia? Po pierwsze- myśl i przewiduj na drodze, po drugie – lepiej 10 minut później dojechać niż 30 lat za wcześnie zginąć, po trzecie – jedź tak, jakby wszyscy chcieli cię zabić, po czwarte – 10 km/h mniej to tylko 2-3 minuty dłużej na dystansie stu kilometrów, więc po co się spieszyć na spotkanie ze śmiercią?

Włodek Pawłowski

Artykuł ukazał się w 21 numerze miesięcznika Południk Praski.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *