Subiektywne spojrzenie na Budżet Obywatelski

Avatar Beata Bielińska Jacewicz 300x239 - Subiektywne spojrzenie na Budżet Obywatelski

Po pięciu edycjach warszawskiego budżetu partycypacyjnego mogę powiedzieć, że największym jego sukcesem jest (nareszcie!) zmiana nazwy na Budżet Obywatelski. Gdyby od razu przyjęto taką nazwę, być może nie musiałabym pięć lat temu stać godzinę na zimnym wietrze i tłumaczyć jakiemuś reporterowi na czym on polega, bo nazwa mówi sama za siebie.

Warszawiacy, nawet ci obyci w świecie jak dziennikarze, długo byli przekonani, że są to jakieś ekstra pieniądze do budżetu dzielnic i nie mogli zrozumieć, że to kwota z ustalonego budżetu, tylko wydzielona na potrzeby wskazane przez mieszkańców, co właściwie powinno być normą w stosunku do całego budżetu samorządów. A także, że wybór na co zostaną przeznaczone, wymaga napisania projektu, zaprezentowania go i pozyskania poparcia współmieszkańców, oddających swój głos w głosowaniu. Trochę masło maślane, ponieważ ideą samorządu jest wybieranie przedstawicieli lokalnej społeczności, którzy jako radni mają reprezentować i realizować właśnie potrzeby mieszkańców. Jednak postępujące upolitycznienie samorządu sprawiło, że nikt już nie postrzega radnych wyłącznie jako swoich przedstawicieli. Obecnie radni postrzegani są głównie jako reprezentanci lokalnych ugrupowań, lub, co gorsze, wcale nie lokalnych partii.

Szczegółowe zasady BO ewoluowały z edycji na edycję, raz wykluczając seniorów jako osoby nie korzystające z internetu, innym razem oddając losy lokalnych inwestycji w ręce osób z drugiego końca miasta, które często z projektu na co dzień nie korzystały. Zanim wydzielono projekty ogólnomiejskie minęło kilka edycji. Być może nie musieliby się wcześniej czaić lobbyści, którzy każdego roku projekty do złudzenia podobne ( i kompatybilne) forsowali w kilku lub kilkunastu dzielnicach miasta. Zawsze wielkie zdumienie budził we mnie rozmach projektowy ścieżek rowerowych, za którym podobno stoi jedna z zielonych organizacji pozarządowych, a także popularność projektu o infantylnej nazwie „ Domki dla skrzydlatych pasiastych przyjaciół”. Skąd nagle taka zgodność projektodawców?

Co roku tych domków stawianych jest kilkaset w mieście. Jaka jest ich skuteczność nie wiem, przyglądałam się kiedyś jednemu, który stoi w Parku Praskim i nie zauważyłam w nim życia, a był środek lata. Projekt ten wygrywał często swoją niską ceną, ale zsumowany koszt realizacji wszystkich domków postawionych w ramach BO, już nie jest taki niski.

Niezamierzonym, sztandarowym projektem BO stała się altana postawiona w ramach czwartej edycji na skwerze przy ulicy K. Szymanowskiego. Na tym samym skwerze, z którego została usunięta rok później, bo nadszedł czas jego modernizacji. To częsta kolizja w realizacji projektów obywatelskich i miejskich. Nikt tej altany na szczęście nie żałował, ponieważ była ona kuriozalnym przykładem, jak można zmarnować wspólne pieniądze na rzecz brzydką, niepraktyczną i przeszacowaną w kosztach. Miała ona wady konstrukcyjne – przy pierwszym większym deszczu straciła brezentowy dach, który urwał się pod ciężarem wody, i estetyczne – do budowy infrastruktury wykorzystano recyklingowane skrzynki. Dla wyjaśnienia – recykling nie jest niczym złym, o ile godzimy się na niego, tutaj natomiast, nie było o nim ani słowa w projekcie. Odstępstwo od pomysłu czy projektu jest problemem często podnoszonym przez projektodawców. Dobrze jest, kiedy urzędnicy, przystępując do realizacji, kontaktują się z autorem projektu i konsultują zmiany. Wymaga tego zresztą Regulamin Budżetu.

W praktyce jednak, większość projektów w trakcie realizacji wpada w tryby biurokratycznej machiny i w procesie postępowań wymaganych ustawą o zamówieniach publicznych, nikt o pomysłodawcy już nie pamięta. Często prowadzi to do takich uproszczeń, jak powyższe. Często też „zapominanie” o pomysłodawcy jest celowe, bo projekt jest fajny i może się na nim wypromować aktualna ekipa rządząca w dzielnicy. Przypomnijmy bowiem, że poślizg w realizacji, co wynika z regulaminu, jest roczny – projekty składa się i głosuje na rok naprzód, ale często realizacja przedłuża się na rok następny, pomimo iż warunkiem pozytywnej weryfikacji jest możliwość realizacji w ciągu roku budżetowego. Czasem też, projekt zgłoszony przez działacza konkurencyjnego ugrupowania, wycinany jest już na etapie weryfikacji. Czasem nie trzeba być konkurencją polityczną, wystarczy, że nie ma się poparcia u rządzącej ekipy (projekty są wstępnie weryfikowane przez urzędników, a nadzór nad procesem weryfikacji ma zawsze jeden z członków zarządu dzielnicy).

Dla przykładu: mój jedyny projekt, zgłoszony w edycji trzeciej „Ścieżka edukacyjna. Praskie katownie.” nie dostał nawet szansy prezentacji i udziału w głosowaniu. Argumentem przeciw postawieniu dziewięciu infokiosków wielkości parkomatów, dokumentujących miejsca historyczne był, uwaga(!): „za wąskie chodniki na Pradze” oraz opinia informatyków północnopraskiego urzędu, którzy stwierdzili, że kody QR są zbyt kosztowne (jak wiemy – są bezpłatne), a system informatyczny nieprzystosowany do ich obsługi. W tym samym czasie, Urząd pracował nad wprowadzeniem sms – owego powiadamiania o wydarzeniach w dzielnicy, do których można było przystąpić, a jakże, za pomocą kodu QR. O ile wiem, system ten działał przez jakiś czas. Przeczytałam w internecie i usłyszałam wiele gorzkich słów zawiedzionych projektodawców, którzy, podobnie jak ja, rozczarowani absurdalnymi argumentami urzędników, tracili zainteresowanie BO.

Lobbing – być może to słowo klucz w przypadku projektów z Budżetu Obywatelskiego. Jest on jak widać ważny na każdym etapie procedury, bo jeśli nawet projekt przejdzie etap weryfikacji, to trzeba jeszcze zachęcić współmieszkańców do glosowania na niego. No, niekoniecznie. Mieszkając na Pradze, możecie zagłosować na Mokotowie, jeśli potrzebny Wam, na przykład parking przed firmą. Parkingi, doświetlenia, tężnie i siłownie plenerowe to popularne tematy projektów. W obecnie realizowanej edycji BO, dobry lobbing miała na przykład SP Nr 246, która dzięki swoim projektom  zyskała modernizację placu zabaw, budowę ścianki wspinaczkowej i finansowanie plenerowego pikniku integracyjnego. Mniej szczęścia miała społeczność szkolna SP 163, której przepadły dwa z trzech projektów. Będziemy mieli natomiast na Pradze-Południe kolejne domki dla ptaków i nietoperzy. Tego nigdy za wiele.

Beata Bielińska-Jacewicz – samorządowiec, rzecznik prasowy Dzielnicy Praga-Północ 2006-2010 i 2015-2016, dziennikarz, animator kultury, coach.

Artykuł ukazał się w 24 numerze miesięcznika „Południk Praski”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *