PAN T. – recenzja

Byłam wczoraj na seansie „Pan T.” w Kinotece i cóż, wyszłam trochę rozczarowana …

Film jest niezły i nietuzinkowy (zdjęcia, gra aktorska, sceny /skecze, muzyka, głównie ta jazzowa z kontrabasistą M. Barańskim, ale daleko mu do miana wybitnego dzieła. Nie dorasta do pięt np. takiemu „Rewersowi” w reż. B. Lankosza, do którego szeroko stara się nawiązać (filmowanie „soczewkowym” ujęciem, nastrój, motyw PKiN, moneta 1-dolarowa z „Liberty”, itd.)… Ale nie ma w nim tego klimatu i kolorytu, tej fantazji i polotu, błyskotliwości, co w filmie Borysa albo w „Idzie” (choć ten obraz zawiera kłamstwa historyczne i wybielanie ubecji, co jest naganne), czy w „Zimnej Wojnie” Pawlikowskiego. Nie wystarczy zrobić ponurą, mroczną aurę i dodać czarno-biały sznyt, by poczuć lata 50-te. Ten film ma dobre sceny i teksty (jak krótkie teledyski, np. z Fedorowiczem, Kutzem i Balcerowiczem, jak malują żyrafki i rozprawiają o absolucie), ale między tymi „rodzynkami” wieje nudą…

Oczywiście, można się śmiać z tej beznadziei i martwej maski Wilczaka (albo fantazji anty-bohatera o siusianiu na zapalony lont, itp.), ale to nie ta klasa humoru i gustu, co w „Rewersie” i wcześniejszych „black & white productions”. Muzyka czasami rażąco wchodzi na pierwszy plan i przez dysonans z obrazem uwypukla bardziej nijakie i nudne fragmenty filmu. Role drugoplanowe też wypadają lepiej niż „maskowata marskość” Pana T. Np. Sebastian Stankiewicz gra rewelacyjnie postać Filaka – sąsiada ze wsi , marzącego o karierze pisarskiej (zasłużenie otrzymał nagrodę na F.F.F. w Gdyni za tę rolę), a od kreowanej przez Marię Sobocińską licealistki nie można oderwać wzroku.

W swoim dziele reżyser Marcin Krzyształowicz swobodnie manipuluje konwencją dramat/ komedia i przechodzi, nawet w ramach jednej sceny, od apatii do groteski. Nic nie jest do-określone ani pewne …Marazm, strach i beznadzieja rzeczywistości, bierność twórcza Pana T. na jawie sprawia, że prawdziwa akcja filmu schodzi do piwnic Pałacu Kultury i Nauki, czyli do fantazji i „terrorystycznych” snów anty-bohatera. Ale czy na pewno ? Finalnie to Filak (kolaborant i donosiciel UB z gminu) okazuje się prawdziwym bohaterem, bo zrywa z „profesją”, rezygnuje z kariery literackiej i wraca do siebie na wieś … A co robi Pan T. ? Cóż – samo życie – poddaje się presji i zostaje konformistą, zaczyna pisać „pod dyktando” komunistycznej władzy. „Białe jest czarne a czarne staje się białe”. A my widzowie jesteśmy prowokowani do uśmiechu finalnym „happy face” Pana T. z pieskiem i licealistką w samochodzie na „The End”. Groteska, ruletka i banał w stylu Hollywood (oczywiście „z przymrużeniem oka”). „Jak Wam się podoba ?”

W jeszcze jednej kwestii „Rewers” deklasuje „Pana T.”: w braku przekleństw na ekranie. W filmie Krzyształowicza postacie rzucają „k….ami” najmniej kilka razy, a u Lankosza najgorszym i jedynym jest: ” Lala, bucik ci się rozpi…la !”. Cytatów z języka potocznego jest rażąco mniej u Borysa niż u Maćka, ale mimo to lepiej nam się ogląda stary, dobry „Rewers” niż „nówkę – sztukę” reżysera „Obławy” (który to film, dla odmiany, podziwiam).

Kolega z fb napisał, że „Krzyształowicz nie formułuje brutalnych oskarżeń, woli kulturalnie zapytać „Quo vadis, Polsko ?”. Kiedyś i dziś.” I tu go właśnie mam! Krzyształowicz nie musi oskarżać, bo to dawno zrobiła już historia, rylec czasu i współczesność. Woli przyjąć pozycję obserwatora (jak Pan T.), ale ta jego wersja tamtych czasów nie jest rzeczywistością, a wizją artystyczną (jakby zmanierowaną wizją socrealizmu i codzienności). Kreacja reżysera i scenarzystów nie idzie tylko w sny i majaki Pana T., ale także w jawę. Koncepcja asertywności upada na końcu.

Postacie muszą wybrać: „współpraca albo wykluczenie”, czyli bierna postawa nie ma racji bytu, tak wtedy jak i teraz. Samo zadawanie pytań nic nie daje, gdy nie udzielasz odpowiedzi. Takie jest, moim zdaniem, przesłanie filmu … Co do zdjęć i plenerów, to z przyjemnością oglądałam kadry, rozpoznając miejsca w Warszawie, np. Willa Pniewskiego, itd. Jednak w kwestii zdjęć to bardziej podobały mi się te w poście „black & white movies”.
W ocenie końcowej filmu „Pan T.” na 5 pkt. max. daję mocne 3,5.

 

Lidia Wielecińska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *